Od biegania do surfingu, czyli jak wpływają na nas podróże?


Powoli mija rok od mojej wizyty w Stanach Zjednoczonych. Pogoda w Polsce jest typowo kalifornijska, ale czasu, żeby z niej skorzystać, jakby mniej. Praca, korki, podwyżki cen paliw, praca, kolejne urodziny, starość, a na koniec puenta – słaba śmierć. Ale zanim szczupła postać z kosą w ręce dostanie kartkę z naszym nazwiskiem, warto się czymś zająć. To właśnie w Kalifornii uznałem, że fajnie byłoby spróbować surfingu.


surfing | Kalifornia | nauka surfingu


Jak podają amerykańscy naukowcy, szczęśliwość ludzi jest odwrotnie proporcjonalna do czasu poświęconego na myślenie o otaczającej nas rzeczywistości. Żeby nie zamyśleć się za bardzo, w coś tam od czasu do czasu gramy lub robimy bliżej nieokreśloną ilość pompek czy innych przysiadów. Ze względu na nieregularny czas pracy, po przyjeździe do USA jedyną możliwością fizycznej odskoczni była gra w plażówkę. O sportach angażujących większą ilość osób można było zapomnieć. Nawet jeśli udało się zagrać w siatkę, była to bardziej zabawa niż sport. Wiedzieliście, że w Stanach nie pije się piwa podczas gry w siatkówkę?! Ech, ci Amerykanie...

Tak żyłem, śniąc swój american dream, dzień jak co dzień, dzień po dniu. Jednak życia cud się nie zdarzył. Wręcz przeciwnie. Zacząłem mieć negatywne myśli, które o mało co nie doprowadziły do najgorszego. Wstyd mi się do tego przyznać, ale z nudów chciałem zacząć... biegać. 

Nie chciałbym tu nikogo obrazić, ale sama myśl o tym, że moje życie jest aż tak nudne, żeby codziennie biegać bez celu, tak o, dla zabicia czasu, wstrząsa mną do granic i przechodzą mnie ciarki. Cała idea sportu jako odskoczni od reszty tego bajzlu, nazywanego górnolotnie cudem życia, w bieganiu nie ma swojego zastosowania. Zaczyna się całkiem niewinnie. Biegniesz i myślisz sobie, że w sumie to trzymasz dobre tempo, że buty nowe by się przydały, wygodniejsze, lepsze, że ta dupeczka dzisiaj nie biega, pewnie ma kogoś, ja nie mam, a fajny jestem, czy może nie jestem... NO I KAPLICA! Teraz nie dość, że się fizycznie męczysz to głupi mózg cały czas kombinuje i zmusza Cię do myślenia nad przeróżnymi durnotami. O nie! Nie po to ludzie wymyślili i uprawiają sport, żeby podczas jego uprawiania zastanawiać się nad zakładem Pascala. Napisałbym jeszcze kilka ciepłych słów o siłowni, o tym że, to aktywność idealna dla ludzi, którzy nic nie potrafią, ale aktualnie sam chodzę, więc sami wiecie... może innym razem.


chłopak biegający po plaży, w tle wysokie skały


Wracając do tematu biegania, wiadomo –  forma musi być i kaloryfery też są dla ludzi, ale staram się podejmować ciekawsze aktywności, w których mimochodem trzeba również biegać. Na szczęście, zamiast porannego dżogingu (jeszcze ta idiotyczna nazwa...) wybrałem wieczorną imprezę u ziomeczków z Serbii. Popijając Fireballa, słuchałem jak jeden ze znajomych opowiadał o tym słynnym amerykańskim SURFINGU. Zachwalał, a alkohol napędził wyobraźnię. Od tamtego momentu wiedziałem, że muszę spróbować.

Najpierw sprzęt do surfingu. Niestety nie jest tani, ale Amerykanie są w większości na tyle bogaci, że recepcjonistki po pijaku rozbijają swoje nowe Fordy Fusion i opowiadają o tym z uśmiechem na ustach, więc używane deski w kiepskim stanie można kupić za zielone grosze. Oszczędzę wam opisu całej transakcji. Jej efektem była moja nowa deska, pianka, linka i kawałek wosku. Wesoły amerykański Pan Zbieracz Starych Klamotów wzbogacił się o 92 dolary.

Tak szedłem z moją nową kochanką pod rękę przez słoneczne Santa Cruz i zaczynałem rozumieć, co jest najlepsze w SURFINGU. Nareszcie jesteś kimś! Spojrzenia są różne, coś w stylu Patrzcie... to SURFER!,  Wow, ale przystojniak (ok, może nikt tego nie mówił, ale na pewno myślał). Raczej przyjazne, pozytywne, jak to zwykle ze spojrzeniami w USA. Zupełnie inaczej niż w Polsce. U nas jak jedzie fajny samochód, to się wszyscy odwracają, byle tylko nie spojrzeć, żeby się typ nie poczuł ważny, a wiadomo, że nakradł i dlatego ma dobre autko, prywaciarz tfu. Te gorące spojrzenia amerykańskich dziewczyn i chłopców czułem na sobie już do końca mojego pobytu i było mi z nimi świetnie.


chłopak w piance trzymający żółtą deskę surfingową       chłopak z żółtą deską surfingową obserwujący fale na Cowell Beach


Teraz pozostało już tylko nauczyć się surfować. Nie polecam kupowania lekcji u prywatnych instruktorów. Koleżanka z Hiszpanii wzięła właśnie taki dwugodzinny kurs i skończyła w szpitalu ze wstrząśnieniem mózgu. Podobno instruktor nie powiedział jej, czy dopływając do brzegu, deska zatrzyma się sama, czy ma z niej wcześniej zeskoczyć do wody. Oczywiście, postanowiła zostać na desce i uderzyła w kamienisty brzeg... Nie pytajcie o kolor włosów.

Sam zdecydowałem się na inne rozwiązanie. Praca na recepcji w hotelu, oprócz oczywistych minusów, ma też swoje plusy, więc miałem bardzo dużo czasu na naukę surfingu z zaufanego źródła. Wujek google i kuzyn youtube pokazali mi tajniki turtle rollów, duck diveów, nakładania wosku na deskę i oceniania fal. W końcu internety nie kłamią, prawda?

Jedynym problemem pozostawały moje umiejętności pływackie. Nigdy nie słyszałem o żabach żyjących w oceanach (szukając takich, trafiłem na debilną historyjkę o tym, czy chcemy być żabą z oceanu czy ze studni, a po takim tekście nie byłem w stanie dalej szukać). Na moje nieszczęście styl pływania oparty na ruchach tych obślizgłych płazów jest jedynym, jaki opanowałem w miarę dobrze. Swoje lata już mam, a czas uciekał nieubłaganie, więc tak zwany klasyk musiał wystarczyć. Przy ewentualnym spotkaniu z rekinem zwiększało to moje szanse na przeżycie. Wyobraźcie sobie, że jesteście tym słynnym wielkim żarłaczem białym, postrachem mórz i oceanów. Wpływacie pomiędzy surferów i widzicie gościa uciekającego przed wami żabką. Kurwa, chłop ucieka jebaną żabką... Na jego miejscu pomyślałbym, że ten człowiek jest ciężko chory i w obawie o swoje zdrowie zostawiłbym go w spokoju. Druga opcja – rekin pęknie ze śmiechu. Zresztą zabijają one rocznie około 10 osób. O wiele groźniejsze są krowy, a krowę widziałem z bliska i dalej żyję. Z matematycznego punktu widzenia istnieje większa szansa, że ugryzie mnie Luis Suarez (jeżeli grałbym w przeciwnej drużynie) niż rekin.


uśmiechnięty rekin       surferzy na Steamer Line


Tak czy inaczej, minęły już dwa dni od zakupu deski, a ja jeszcze ani razu nie byłem surfować! Mój pierwszy raz na desce był słaby. Z brzegu obserwowała mnie moja dziewczyna. W sumie spoko, nie było opcji, żebym wyszedł po 30 minutach i później słuchał, że ona wiedziała, żeby najpierw wypożyczyć deskę. Nie chciałem się łatwo poddać, a w najtrudniejszych momentach ta myśl dodawała mi werwy. Podczas pierwszego surfowania trzy razy złapałem pianę, czyli część fali już po załamaniu. Normalni surferzy płyną przed załamaniem, które próbuje ich dogonić. W dodatku robią to stojąc na desce, a nie leżąc tak jak ja...

Jeden wypad to mniej więcej dwie godziny w wodzie – jeżeli są warunki, na więcej nie masz siły. Pierwszy raz wstałem dopiero trzeciego dnia. Utrzymałem się na desce może ze trzy sekundy. Od tego momentu wstawałem coraz częściej, ale wciąż była to zabawa z pianą. Nie pamiętam, za którym razem złapałem normalną falę – czasami łapiesz ją w dobrym miejscu, tuż przed załamaniem, ale ona od razu się składa i lecisz na pianie (jankesi mówią na nią soup). W praktyce nie miało to dla mnie żadnego znaczenia. Bawiłem się świetnie i śmigałem na niej do samego brzegu. Co do wielkości fal, Amerykańce mówili o nich szyderczo łamacze kostek. To miejsce (po angielsku spot) nazywało się Cowells Beach.






Dopiero w drugim miejscu surfingowym Santa Cruz – Steamer Lane – zrozumiałem, dlaczego nie łapie się piany. Fale były tam kilka razy większe, a piana, która powstawała po ich załamaniu przypominała pędzącą lawinę. Dużo fajniejszym pomysłem jest uciekanie przed tą bulgoczącą zupą. Miejsce do surfingu wybierałem poprzez kompromis z moją chęcią do życia. Jeżeli fale były bardzo duże – pływałem na Cowells, jeżeli mniejsze – na Steamer Lane.

Zazwyczaj Cowellsowe fale były wystarczające, ale nie byłbym sobą, gdybym nie spróbował zmierzyć się ze Steamer Laneowymi gigantami. Dla porównania – największa przesurfowana fala miała wysokość około 24 metrów (w Santa Monica). Ciężko ocenić mojego giganta, ale powiedzmy, że mógł on mieć maksymalnie 3 metry. Dla mnie była to olbrzymia ściana wody lecąca prosto na mnie. Nie było już możliwości odwrotu. To właśnie ten moment uciekania przed potężnym żywiołem tłumaczy fenomen tego sportu. To jedna z tych sytuacji, kiedy zapominasz o tym, że życie to nieśmieszny żart. W takiej chwili aktywuje się najsilniejszy z instynktów człowieka – chęć przetrwania. Przetrwać mi się udało, ale poskromić falę i jej bliźniaczki niestety nie. 

Nic dziwnego, że wszyscy surferzy są tak wyluzowani. Codziennie igrają z czymś o wiele silniejszym od siebie i wracają do domów jako wygrani. Nie wracałem do mieszkania jako zwycięzca, ale nie byłem też rozczarowany. Porażki mogą mieć różne oblicza. Czasami to tylko pionowe wbicie deski w falę, uderzenie o taflę wody i wirowanie w fali z linką od deski na szyi przez kilkadziesiąt sekund. Innym razem porażka kończy się zniczami i tabliczką pamiątkową przy schodach prowadzących do wody.


surfer uciekający przed spienioną falą


*     *     *


Wydawałoby się, że mogę polecić każdemu z was naukę surfowania. Jednak, gdy się dokładniej nad tym zastanowię, muszę zdecydowanie odradzić wam zarówno surfing, jaki i podróże w ogóle. Dlaczego? Dlatego, że siedzę teraz w mieszkaniu przed laptopem i wiem, że gdzieś w okolicach słonecznej plaży La Jolla w San Diego ktoś stawia swoje pierwsze kroki na desce. W innym miejscu ktoś pierwszy raz widzi czarne plaże Teneryfy, je najlepszą włoską pizzę na świecie czy chociażby zamawia gofra w Jastrzębiej Górze. Wyobraźcie sobie, gdzie moglibyście teraz być. 

Stanowczo odradzam także wieszanie na ścianie mapy zdrapki, która patrzy na ciebie i mówi z wyrzutem Psst zobacz, spójrz jak niewiele widziałeś. Wracając z każdej kolejnej podróży, podczas której przeżywałeś niesamowite emocje do swojego biurka, czujesz, jakbyś dostał ciepłą, mokrą szmatą w twarz. Ta przygnębiająca wizja i wiele innych nie dają mi spać po nocach, ale za każdym razem w końcu zasypiam. Z uśmiechem na ustach. Zdradzę wam mój sekret. Za każdym razem przed zaśnięciem wyobrażam sobie, że ktoś właśnie teraz, dokładnie w tym momencie, zupełnie bez celu i bez sensu po prostu biegnie...

G.

Źródło grafik:
https://unsplash.com/

Lipiec: miesiąc, w którym (jeszcze nie) dorosłam

kajak w krzakach o wschodzie słońca


Ten pierwszy pracujący lipiec był nie do zniesienia. Nie, wciąż nie lubię spędzania wakacji w wakacje, ale - jak nigdy wcześniej - poczułam, jak bardzo już jestem zmęczona. Osiem godzin przed komputerem w zamkniętej klatce? Szczerze wątpię, że znajdę choć jedną osobę, która z ręką na sercu przytaknie, że tak: dobrze się czuje w tym rytmie pracy.

Tego roku nauczyłam się ważnej rzeczy. Nie znoszę wakacji w biurze. Rutyny, która maluje słoneczne dni na szaro-bure, nijakie barwy. Potrzebowałam wyjechać, rzucić wszystko i odetchnąć przy dźwiękach spokojnej rzeki. Uciec hen daleko, choćby tylko na krótki weekend.

I pojechałam - na kajaki do Zwierzyńca.


widok z Bukowej Góry, Roztocze       droga na Bukową Górę, Roztocze       piwo w Browarze Zwierzyniec       para ubrana w czerwone kapoki       spływ kajakowy nad Wieprzem    


To zadziwiające, jak mało potrzebowałam do szczęścia: szumiącej wody i drzew, które schylały się nad Wieprzem. Moje serducho szukało natury i znalazło ją w niebieskich skrzydełkach ważek, które migotały w rytm promieni słońca.

W malutkim miasteczku na Roztoczu, które pozwoliło mi odpocząć w drodze na Bukową Górę i później – przy piwie z lokalnego browaru. I pomyśleć – to wszystko tylko 90 km od domu.

Odpoczywałam też znacznie bliżej – przy kawie i brownie na patio w rodzinnym domu. Całkiem piękne, prawda?


piękne patio DIY z miętowym stołem       miętowa huśtawka na patio w Niechobrzu       czekoladowe brownie z owocami i kawa na miętowym stole       Most Tadeusza Mazowieckiego w Rzeszowie       lody na ulicy Kochanowskiego w Rzeszowie


14 lipca włożyłam sukienkę, związałam srebrne buty i poszłam na ślub na młodszego brata. Wciąż nie mogę uwierzyć, że mój mały – 4 lata młodszy - braciak ma już żonę!

Nagle wszyscy zrobili się już tacy dorośli.

Jak nigdy, chciałam pięknie wyglądać, bo nie każdego dnia zostajesz świadkową na ślubie własnego brata. Kupiłam trzy sukienki, zanim znalazłam tę jedyną, która podbiła moje serce. Miesiącami szukałam butów, które spełniłyby moje wymagania (srebrne, piękne i wygodne). Postawiłam na Kotyle i wiecie co? Już dawno nie miałam tak wspaniałych szpilek!

Ach, i co to było za wesele! Pokazywałam urywki na Insta stories, ale… wiedz, że gdy żeni się tancerz-akrobata, wesele musi być nie z tej ziemi. Powiem nieskromnie, ale to był najpiękniejszy pierwszy taniec, który widziałam. A niespodzianka-show akrobatyczne? Ulubiony punkt programu małych i dużych dziewcząt ;)


drożdżówka z serem i morelą, w tle serial  "Ania, nie Anna"       fioletowa sukienka na wesele       nowożeńcy przed kościołem       para na weselu, mężczyzna w garniturze z muszką       kubański hamburger, Havana, Rzeszów


        


Lipiec minął mi również pod znakiem przygotowań do wrześniowego Camino: zakupem biletów, planowaniem trasy, szukaniem cennych informacji o szlaku św. Jakuba, rozchodzeniem butów i zbieraniem rzeczy na wyjazd. Mam już szybkoschnący ręcznik i malutki, lekki śpiwór (wow).

Macie jakieś rady, książki, pomocne linki? Chcę je wszystkie!

Wstępnie, oprócz +10 dni w trasie, planujemy zatrzymać się w kilku miejscach i skorzystać z lokalnych rarytasów. Szykuje się zatem dzień w ukochanym Porto (z butelką Porto, a jakby) i kilka chwil w galicyjskich miastach. Cieszę się podwójnie, bo nigdy nie miałam okazji odwiedzić tej zakurzonej części Hiszpanii, a przypominam, że uwielbiam tam wracać (prawie) każdego roku ;)

To co, znów zanosi się na wrzesień życia?

# filmy & seriale


Ale zanim wrzesień, zatrzymajmy się przy kulturalnym lipcu. Co trafiło na mój ekran?

Poddaję się i przyznaję - ze wszystkim jestem do tyłu. Trzy billboardy za Ebbing, Missouri chciałam obejrzeć już zimą, kiedy wertowałam tegoroczne nominacje do Oscara. Wrzuciłam film do kolejki ‘to watch’ i… zapomniałam. Jak mogłam? Obok takiej historii ciężko przejść obojętnie. Tytułowe billboardy stają się iskrą, która wznieca płomień w spokojnym miasteczku w stanie Missouri. Mildred umieszcza kontrowersyjny przekaz przy opuszczonej drodze, przy której zmarła jej córka i rzuca rękawicę miejscowej policji. Inteligentnie prowadzona narracja, która pozostawia widza z pytaniem: czy dzisiejszy świat zawsze musi być czarno-biały?  Ocena: 8/10


płonące billboardy za Ebbing, Missouri


Mamma mia: Here we go again to druga część kultowego musicalu opartego na największych hitach Abby; typowy film, na który wybierzesz się z mamą do kina. Niby nic specjalnego, a jednak… ile razy wyszedłeś z kina roztańczony, rozbawiony, od razu z całym soundtrackiem w głowie? Mamma mia 2 przenosi nas w czasie - 30 lat wstecz - do momentu, w którym rozpoczyna się historia Donny. Przez Paryż do Grecji, w poszukiwaniu swojego miejsca w świecie, bohaterce towarzyszy trzech przystojnych mężczyzn…

To jak, której piosenki z Mamma Mia: Here we go again nie możecie pozbyć się z głowy?


       


The End of the F***ing World czyli… kolejna netflixowa perełka do pochłonięcia w jeden wieczór. Nietypowa historia nietypowych bohaterów opowiedziana z nietypowym poczuciem humoru tworzy wyjątkowy klimat, którego ciężko szukać w innych produkcjach. Buntowniczka i niedoszły psychopata? Czy ta wspólna, wybuchowa podróż mogła mieć w ogóle inne zakończenie? I chociaż szybko pokochałam tę opowieść i finał, który urywa się dokładnie tam, gdzie powinien… mam cichą nadzieję, że nikt nie zniszczy jej dalszym ciągiem.

A soundtrack? Aj, wisienka.


       


#blog


Smutno mi to przyznać, ale obserwując to, co dzieje się w blogosferze, coraz mniej chce mi się pisać. Może to praca, może monotonia dorosłego życia, ale po drodze zgubiłam gdzieś radość tworzenia tekstów. Jestem pewna, że to przejściowy etap, który wskaże mi w końcu dalszą ścieżkę rozwoju. Zresztą, chyba nie tylko mi.

W lipcu poczyniłam dwa teksty i oficjalnie zamknęłam relację z Ameryki. Tak mi przykro, że może… otworzę ten rozdział raz jeszcze, tylko na krótką chwilę? ;)

Zerknijcie, co działo się w lipcu:



*     *     *

Jak mija wam życie? Macie czas na celebrowanie wakacji?

Trzymajcie się ciepło, M.

Kalifornia, historie nieopowiedziane


Historie nieopowiedziane to moja ulubiona seria postów (poza)podróżniczych. Bo w końcu, czym byłaby podróż bez tych drobnych historii, opowiastek, które dopełniają skały i widok na kanion warty miliony dolarów?

Bez przedłużania – zerknijcie niżej; na drugi plan i za kurtynę słonecznej Kalifornii.

 
Joshua Tree National Park


Jak zacząć, to z przytupem

Do San Jose poleciałam przygotowana. Miałam zabookowany pokój na Airbnb i notatki z instrukcją, jak dotrzeć na miejsce. Host polecił nam zgarnąć ubera – nic dziwnego, w końcu mało kto podróżuje tu autobusem. Niech będzie, tylko że… nie przewidziałam, że po wylądowaniu nie podłączę się do Internetu. Trochę na oślep zaczęłam szukać busów; miałam wydrukowane mapki, spisane ulice, to przecież nie mogło być takie trudne. Rozmieniłam pieniądze w lotniskowym kiosku, wsiadłam w shuttle bus i nagle zalała mnie fala ciepła.

Zostawiłam na lotnisku plik kartek, w a nim mapki i notatki z dokładnym adresem hosta. Ba, z narysowaną drogą i kodem dostępu do kluczy. Na wypadek gdyby ktoś chciał się włamać – wszystko napisałam w języku angielskim.


Cholla Cactus Garden
Cholla Cactus Garden
Cholla Cactus Garden 2


Koniec końców, wszystko skończyło się (chyba) dobrze. Dotarłam na miejsce, poinformowałam hosta o przypuszczalnej potrzebie wymiany zamka i dostałam wzorowe 5 gwiazdek na Airbnb.

Jak było nas stać na nocleg w Dolinie Krzemowej? Dzięki Airbnb i kredytom, które zgromadziłam na koncie przez okrągły rok. Muszę przyznać, że uwielbiam program lojalnościowy Airbnb. Polecając portal i oferując zniżkę znajomym, dostajesz dodatkowe środki na kolejne podróże. W tym układzie zyskują dwie strony: twoi znajomi i ty. Po wykorzystaniu zniżki na pierwszy nocleg, możesz polecić serwis dalej i zacząć odkładać na kolejną podróż ;)



zniżna na Airbnb


Ballada o telefonach, czyli co tu się podziało

Wymownym milczeniem pominę to, jak załatwiając amerykański numer, skończyliśmy z nowymi telefonami. Darmowymi telefonami, których nie chcieliśmy i za które uśmiechnięta pani podliczyła nam podatek +$20 sztuka.

Ale, fakt faktem, sam pakiet był fajny - $40 / miesiąc i nielimitowane wszystko (sms, rozmowy, Internet). I, nie zapominajmy, dwa telefony.

Na odchodne dostaliśmy uśmiech nr 2 i naklejkę z numerem telefonu, którą pani starannie nakleiła na opakowanie telefonu. I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie to, że to powrocie do domu rozpakowałam nowe cacka i stwierdziłam, że czas wypróbować to darmowe wszystko. Wykręciłam nowy numer Geriego i NIC. W słuchawce usłyszałam komendę „Podaj hasło” i zdębiałam. Geri, zadzwoń do mnie! „Podaj hasło”… co jest grane? Po kilku próbach doszliśmy do wniosku, że wszystko działa tak jak powinno. Z jednym wyjątkiem: nie mogliśmy zadzwonić do siebie nawzajem, a głupi telefon wołał o tajemnicze hasło!

Dwie linie zostały kupione w rodzinnym pakiecie, więc hipoteza, że telefony są w jakiś magiczny sposób połączone nie wydawała się taką głupią myślą.

Spędziłam godzinę na infolinii, próbując dociec, w czym może tkwić problem. Bezradni konsultanci nagminnie trzymali mnie na holdzie i rozłączali, gdy zaproponowane rozwiązanie nie przynosiło żadnego skutku. Zresztą… jesteście ciekawi, jak wygląda typowa rozmowa z Obsługą Klienta w USA?

OK: Proszę podać datę urodzenia.
MT: 2 czerwca…
OK: Oh, niedawno obchodziłaś urodziny!
MT: (konsternacja) Tak… jakiś miesiąc temu?
OK: Haaaappy Birthdaaaay!
-.-

Wiszę na słuchawce, ze zrezygnowaniem wpatruję się w telefony i wtedy PSTRYK! olśniło mnie. Ukochana pani z salonu pomyliła naklejki, mój numer nakleiła na pudełko Gerarda i vice versa. Przez godzinę wstukiwałam własny numer, próbowałam dodzwonić się sama do siebie, a tajemnicze hasło okazało się zwyczajną skrzynką głosową.

Ech, czy takie rzeczy dzieją się tylko mnie?


Dziewczyna w Cholla Cactus Garden


Czerwone buty i to, jak Geri (prawie) został gangsterem

Ale cofnijmy się w czasie do pierwszego dnia w Santa Cruz, kiedy byliśmy jeszcze niewinni i nie myśleliśmy o narkotykach pod mostem przy San Lorenzo River.

Już pierwszego dnia, kiedy z bagażami wędrowaliśmy w kierunku plaży zaczepiła nas jedna z tamtejszych bezdomnych. I nie, nie chciała pieniędzy / jedzenia / dolara na zimne piwo. Mamrotała pod nosem i wskazywała na buty Geriego. „Jesteś z gangu?” zapytała i znów zerknęła na czerwone adidasy. „Lepiej nie noś tych butów”.

Sprawa tajemniczych butów rozwiązała się kilka dni później. Otóż - proszę państwa - w okolicach Santa Cruz ścierają się ze sobą dwa gangi, czerwoni i niebiescy. Jak rozpoznać ich członków? Czerwoni noszą minimum dwa czerwone elementy odzieży i analogicznie, Niebiescy – niebieskie. Kreśląc przyjemną atmosferę Santa Cruz, zacytuję za Urban Dictionary definicję gangów: „dumb motherfuckers who can’t seem to get along. They are gangs: bloods wear red and crips wear blue. They are always killing each other.”

Tak więc… zastanówcie się, zanim jeszcze raz włożycie czerwone buty w Santa Cruz.


Kiedy niebo się pali nad Salton Sea

Pamiętacie scenę z Dinozaura (Disney), w której z nieba spada ogromny meteor? Nigdy nie przypuszczałam, że coś podobnego może mnie spotkać tysiące kilometrów stąd.




W drodze do Salvation Mountain rozbiliśmy się przy Salton Sea. Podłoże było suche, a prowizoryczny kamping z trudem osłaniał nas przed mocnym wiatrem. Siłowaliśmy się z śledziami, kiedy na niebie pojawiła się płonąca kula. Ciężko nazwać to spadającą gwiazdą, jeśli jej rozmiary były setki razy większe. Zamarliśmy całą czwórką, w napięciu śledząc lot ogromnej bryły.

To był Dinozaur, a ja przez chwilę stałam się Suri, małym lemurem, który jak zaczarowany wpatruje się w niebo, nieskłonny do żadnej refleksji ani gwałtownego ruchu.

Czar prysnął, a kula zgasła na niebie. Tej nocy, zamiast spać, wsłuchiwałam się w wycie kojotów i googlowałam o meteorze, który spłonął w atmosferze. Był 23 września 2017, a Internet huczał o końcu świata i asteroidzie Nibiru, która tego dnia miała uderzyć w Ziemię. Czy, chcąc nie chcąc, (prawie) staliśmy się świadkami katastrofalnej przepowiedni?

Ale wiecie, co było w tym wszystkim najgorsze? Że tuż przed pojawieniem się meteoru zdjęłam soczewki i widziałam tylko łunę ognia, rozmazany zarys spadającej kuli.


Salvation Mountain
Salvation Mountain


Telefony raz jeszcze, czyli jak oszukałam system

Co zrobić, jeśli pakiet na nielimitowane wszystko kończy ci się dwa dni przed wyjazdem do Polski, a potrzebujesz Internetu chociażby po to, żeby trafić na lotnisko? Masz dwie opcje:

  • Po bożemu przedłużyć pakiet i zapłacić kolejne $40
  • Zadzwonić na infolinię i zastosować pewną sztuczkę

A skoro byłam już za pan brat z obsługą klienta, jak myślicie – który wariant wybrałam?

Sztuczkę nieoficjalnie zdradziła mi pani w lokalnym oddziale linii MetroPCS. Aby za darmo przedłużyć pakiet, należy… zadzwonić na infolinię i grzecznie o to poprosić. Można napomknąć o chwilowym braku dolarów i że bardzo, ale to bardzo, zależy ci na usłudze. Każdy klient ma prawo do jednorazowego bezpłatnego przedłużenia abonamentu na 24h, pod warunkiem, że będzie kontynuował korzystanie z usługi. A że nikt tego później nie sprawdza, to już inna sprawa.

Swoją drogą, swój pakiet przedłużyłam w tej sposób dwa razy, korzystając z automatycznej sekretarki. Czy chcesz skorzystać z jednorazowego przedłużenia abonamentu? Tak, dwa razy.

Droga w Joshua Tree NP
Joshua Tree National Park
Joshua Tree


Historie nieopowiedziane mają to do siebie, że lubią mnożyć się na pęczki. Mam nadzieję, że pięć, które dzisiaj wybrałam będzie dla was trochę przydatne, a trochę nie. Korzystajcie i strzeżcie się moich błędów ;)

To jak, która historia podobała wam się najbardziej?


*     *     *

Na zdjęciach: Joshua Tree NP
Przeczytaj również: Floryda, historie nieopowiedziane


Skamieniały Las Arizony


Mam wrażenie, że Petrified Forest to jeden z najbardziej niedocenianych parków Arizony. Położony daleko w głąb stanu, 3 godziny na wschód od południowej krawędzi Wielkiego Kanionu jawi się jako niedostępne i nieciekawe miejsce. Bo w końcu… czego można się spodziewać po parku, o którym nie trąbią wszystkie przewodniki? Co można znaleźć pośrodku niczego, daleko od najważniejszych punktów zachodniego wybrzeża USA?

Skalny Las Arizony nie ma wybitych gwiazd na słynnej Walk o Fame; nie ma fok, które wygrzewają się na plaży w San Diego; nie ma Boardwalku, palm i zakręconych kolejek, na których krzyczą dzieci. Ale wiecie? Ma znacznie więcej.


Petrified Forest | Arizona | Blue Mesa


Tego dnia nocowaliśmy w Holbrook, kolejnym mieście na trasie Route 66; niewielkim, typowo westernowym miejscu z klasycznym Saloon i najpiękniejszym wschodem/zachodem słońca. Ten wieczór miał wszystko, czego potrzebowałam. Sportowy bar, Buffalo Wings, zimne delikatne piwo, cynamonową whisky on the rocks i partyjkę przy zielonym, bilardowym stole. To przecież takie proste – uderzyć w białą bilę i odnaleźć dom tysiące kilometrów stąd.

Praktyczne. W Holbrook znaleźliśmy najtańszy nocleg w czasie miesięcznego tripa. Za 4-osobowy pokój w Golden Inn zapłaciliśmy ok. $10 na osobę.

Holbrook to nie tylko droga 66 i dziki zachód; to również sieciówki – a zwłaszcza klasyczna żółto-czerwona śniadaniówka Denny’s. Tak, to właśnie to miejsce, gdzie śniadanie serwuje się 24/dobę, kawę rozdaje się na dolewki, a jajka z bekonem dopycha się słodkim naleśnikiem! Mój naleśnik (a właściwie mała wieża z naleśników) miał truskawki i gęsty krem z białej czekolady. Mniam, aż ślinka cieknie!

Śniadanie w Denny’s i można podbijać świat. A przynajmniej wyruszyć w kierunku Petrified Forest. położonego gdzieś w odmętach Arizony.


Petrified Forest, Painted Desert

Petrified Forest, Blue Mesa

Petrified Forest, dziewczyna na tle skał

Petrified Forest, Blue Mesa

Petrified Forest, Blue Mesa        naleśniki z truskawkami w Denny's


Skamieniały Las. Brzmi intrygująco, prawda?


Nazwa parku pochodzi od skamieniałych drzew, których pełno na terenie rezerwatu. Gdziekolwiek nie spojrzysz, dostrzeżesz porzucone pieńki; szczątki, które z biegiem czasu zamieniły się w błyszczący kamień. Ba, możesz podejść i przejechać dłonią po wyszlifowanym drewnie. Zobaczyć, jak szlachetny kwarc mieni się wszystkimi kolorami tęczy. Pomyśl. To wprost nie do uwierzenia, że ten pieniek był kiedyś zwyczajnym drzewem, tym samym, które rośnie za twoim oknem i które codziennie mijasz w drodze do pracy.

Warto pamiętać, że wywóz kamieni z parku jest karany wysokimi grzywnami i – co ciekawsze – może sprowadzić na ciebie złe fatum. Chodzą słuchy o ludziach, którzy odsyłają skamieniałe drewno z powrotem do parku, aby odwrócić klątwę, która spadła na nich po wizycie w Petrified. Wierzyć, nie wierzyć? Pech, klątwy, zły urok można wsadzić między bajki, a jednak to właśnie w tym roku Geri poważnie naderwał sobie mięsień, więc… ;)


Petrified Forest, Painted Dessert

Petrified Forest, zmineralizowany pień

Petrified Forest, Blue Mesa        Petrified Forest, Blue Mesa

Petrified Forest, ludzie oglądający pień

Petrified Forest, dziewczyna oglądająca pień


Oprócz skamieniałych drzewek, charakterystyczną cechą Petrified Forest są skały, które jak malowane wyrastają z ziemi, mieniąc się barwami tęczy – od żółci przez pomarańcze po chaber i nieziemski fiolet. Wyobraź sobie, że to tutaj - pomiędzy tymi skałami - przechadzały się kiedyś dinozaury, a cały teren porastała gęsta dżungla. Dzisiaj nie ma już po niej śladu, a na pustyni Petrified znajdziesz co najwyżej groźne, czarne kruki.

To nie żart. Ogromne kruczyska towarzyszyły nam przez cały, choć krótki, pobyt w parku. Przelatywały nad autem, przysiadały z boku i spod oka łypały w szyby. Zamierały w powietrzu, smagane porywistym wiatrem. Strach się bać.

A wiało, że hej. Myślałam, że to w Arches wywiało mnie na wszystkie czasy, ale nie doceniłam mocy Arizony. W momencie, w którym na szlaku Blue Mesa traciłam koncentrację, silny wiatr zwiewał mnie na skały. Ba, wiało tak mocno, że dziewczyny prawie zawróciły z trasy.


Petrified Forest

Petrified Forest, Blue Mesa

Petrified Forest, Blue Mesa

Petrified Forest, Blue Mesa

Petrified Forest, Painted Dessert

Petrified Forest, pomarańczowe skały

 O czym warto pamiętać, wybierając się do Petrified Forest?


  • Park jest otwarty codziennie od 8 do 17, więc warto stosownie zaplanować jego zwiedzanie. W sezonie nie załapiecie się tutaj na zachód słońca (a szkoda, bo zachodzące słońce maluje tę okolicę w złocistych, żółto-pomarańczowych barwach).
  • Do Perified warto zaglądnąć, ale tylko na chwilę. Wizyta w parku zajęła nam dosłownie kilka godzin: autem przemierzyliśmy najważniejsze punkty i zrobili krótkie, 1-milowe trasy. Jak w żadnym parku, tutaj polecam zatrzymać się na film w Visitor Center.
  • Jeśli planujecie odwiedzić kilka parków narodowych, zaopatrzcie się w roczny karnet wstępu America the Beatiful.
  • Nasz pomysł na Petrified? Punkty z widokiem na Painted Desert, lornetki skierowane na Newspaper Rock, Jasper Forest i krótki, półgodzinny szlak Blue Mesa.



Fioletowe skały, diamentowe drewno i podwieszone pod sufitem resztki dinozaurów - tak zapamiętam Petrified Forest. Chwilę później byliśmy już w drodze, mknęliśmy szerokimi pasmami przez Sedonę aż do Phoenix.

Jeszcze kilka dni i – tym razem na dobre – znikniemy z Arizony.


*     *     *


A tych, którzy nie tylko podróżują, a z tylu głowy siedzi im radosna mañana, zapraszam do nowej grupy:


Co tam znajdziecie? Codziennie inspiracje, słówka dnia, przypominajki gramatyczne... i masę innych rzeczy, które przeniosą cię do świata pachnących pomarańczy. A1 czy C1? Nieważne, w grupie każdy znajdzie coś dla siebie ;)